Tytuł:  Błękitny Zamek
Tytuł oryginału: The Blue Castle
Wydanie które czytałam:
  • Tłumaczenie Joanny Kazimierczyk
  • Oryginał
Recenzowanie postanowiłam zacząć od książki Błękitny Zamek (ang. The Blue Castle) z 1926. Jest to powieść kanadyjskiej pisarki Lucy Maud Montgomery, znanej Wam zapewne przede wszystkim jako autorki  Ani z Zielonego Wzgórza.

Kilka słów o fabule. 29-letnia Valancy Stirling mieszka z despotyczną matką i ciotką w starym domu w Deerwood, w Kanadzie. Niezbyt atrakcyjna, wyśmiewana przez rodzinę z powodu staropanieństwa i nieśmiałości, Valancy znajduje ukojenie w snuciu marzeń o Błękitnym Zamku w Hiszpanii, gdzie jest adorowana przez najprzystojniejszych rycerzy. Pewnego dnia  zdiagnozowana zostaje u niej nieuleczalna choroba  serca, a Valancy zdaje sobie sprawę, że nie ma nic do stracenia i ku przerażeniu konserwatywnej rodzinki zaczyna mówić i robić dokładnie to, na co ma ochotę.

Przyznam, że nie pamiętam jakim cudem ta książka wpadła mi w ręce, ale po jej przeczytaniu byłam oczarowana. Historia jest prosta, ale nie prostacka, opowiedziana z humorem – po prostu sympatyczna. Niezbyt grubą książeczkę, którą czytało się lekko i przyjemnie woziłam kilka razy do roku w plecaku i przez wiele lat nie zdążyła mi się znudzić, choć zaczytałam ją na śmierć. Fabuła nie powala być może oryginalnością, za to lekki sposób w jaki została opisana to wspaniały przykład umiejętności L.M. Montgomery który znamy przecież z innych jej książek. Nie jest to lektura dla zatwardziałych realistów, którzy zapewne uznają całą historię za banalną i przewidywalną, a zakończenie za lukrowane. Cechy te jednak są dla osób o miękkim sercu zaletami, nie zaś wadami książki.

Historia osadzona jest w latach 20 XX wieku i myślę, że to na swój sposób Kopciuszek, tyle że dla dorosłych. Nie ma tam dobrej wróżki – tylko lekarska diagnoza, nie ma pantofelka – jest sznur koniczyny i zielony kostium. Nie ma nawet klasycznego księcia z bajki, dostajemy za to tajemniczego włóczęgę Snaitha. Valancy nie dostaje sukni i karocy, lecz zaczyna używać tego, co już miała od zawsze – inteligencji, ciętego języka i wdzięku, z którego zapewne nie zdawała sobie nigdy wcześniej sprawy.

Książka pełna jest złośliwego poczucia humoru, jakim dysponuje Valancy - to ona opisuje całą plejadę nieco karykaturalnych, ale zarazem komicznych członków rodziny Stirlingów. Jest miłość, są refleksje. Jest to ten rodzaj powieści, który troszkę wzrusza (szczególnie przy wątku Cissy Gay), ale przede wszystkim sprawia że człowiek chce się uśmiechnąć.

Ponownie odkryłam Błękitny Zamek dwa lata temu. A może powinnam napisać The Blue Castle bo oryginał i tłumaczenie tak bardzo się różnią że nie wiem, czy słowo tłumaczenie jest tutaj na miejscu. Oryginał okazał się o wiele lepszy od wersji z 1993 którą czytałam. Po pierwsze tłumaczka zmieniła imiona bohaterów! Valancy to Joanna, Barney to Edward, spolszczone są także imiona rodziny Valancy – po co? Nie mam pojęcia, ale o ile ten zabieg mógłby jeszcze przejść (myślę, że dla ówczesnego czytelnika mogły być zbyt egzotyczne), to na domiar złego tłumaczka wycięła znaczne fragmenty treści. Nie ma tam takich momentów jak Valancy zastanawiająca się nad swoim niekonwencjonalnym na tle reszty rodziny imieniem, czy choćby brak kilkustronicowego opisu krewnych i powinowatych głównej bohaterki przy którym zrywałam boki ze śmiechu.  Humor także stracił na wartości, więc aby naprawdę docenić docinki odmienionej Valancy czy okropne kalambury jej wuja, trzeba sięgnąć po oryginał.

Z tego co wiem istnieje drugie tłumaczenie (chyba Jolanty Bartosik)  być może warto po nie sięgnąć jeśli planuje się lekturę tej książki. Niezależnie jednak od tłumaczenia (całe lata żyłam przecież na tym  Joanny Kazimierczyk) jest to jedna z tych niedocenianych, mniej znanych książek po które warto sięgnąć w pochmurny, zimny wieczór przy filiżance herbaty!



Okładka wydania które czytałam :)

Comments (2)

On 10 stycznia 2012 00:05 , Niedzielka pisze...

Bardzo podoba mi się pomysł Twojej Czytelni pod Wierzbą - a pierwsza książka o jakiej piszesz już powoduje, że będę tu częstym gościem :)

Błękitny Zamek to jedna z tych książek, do których sięgam co jakiś czas, żeby poprawić sobie szybko nastrój. Zabawna, wzruszająca no i z dobrym zakończeniem...
Czytałam wydanie zdecydowanie wcześniejsze niż z 1993 roku, ale zapewne tej samej tłumaczki, bo bohaterka jest dla mnie (i pewnie już zostanie) Joanną. Ale ponieważ książkę pożyczyłam i pewnie już jej nie zobaczę, może warto kupić sobie nowe tłumaczenie? Tym bardziej, że, jak piszesz, zostały opuszczone spore fragmenty w stosunku do oryginału.

Z przyjemnością będę czekać na następne posty.
Pozdrawiam!

 
On 10 stycznia 2012 02:17 , Tuome pisze...

o, kolejna książka do przeczytania :) chociaż chyba skuszę się na oryginał :D.
Przyznaję bez bicia, Ani z Zielonego Wzgórza nie znosiłam :P - z samą autorką przeprosiłam się dopiero, jak kiedyś przypadkiem wzięłam z biblioteki jej zbiorek opowiadań "Biała magia" :). Może czas powtórzyć lekturę Ani, może teraz mi bardziej "podejdzie" :)

pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy :)